Studia doktoranckie w Polsce – łatwo zacząć, trudniej skończyć

Dominika Michalak

Czego można się dowiedzieć o doktorantach z raportów GUS na temat szkolnictwa wyższego? Między innymi – że doktorantów przybywa szybko, a doktorów wolno. Doktoranci odpadają ze studiów lub kończą je z dużym opóźnieniem. Komentarz po debacie „Proletariat wiedzy – doktoranci i doktorantki w polskim szkolnictwie wyższym”

5. marca 2013 NOU miało przyjemność uczestniczyć w debacie pt. „Proletariat wiedzy – doktoranci i doktorantki w polskim szkolnictwie wyższym” zorganizowanej przez łódzką Świetlicę Krytyki Politycznej i Obywateli Nauki. Posłaliśmy na front jednoosobową reprezentację (pojechała tam wyżej podpisana).

Dostałam od organizatorów zadanie: powiedzieć coś o społecznych uwarunkowaniach studiów doktoranckich. Zadanie – beznadziejne, bo brakuje reprezentatywnych danych choćby na temat poziomu zamożności, społecznego pochodzenia czy rodzinnych obciążeń doktorantów. O sytuacji tej grupy w skali całego kraju można co najwyżej spekulować na podstawie bardzo podstawowych (ale za to zbieranych regularnie) danych GUS oraz rozporządzeń MNiSW dotyczących np. stypendiów. Starałam się mimo wszystko jakoś to moje zadanie wypełnić. Poniżej – to, co udało mi się powiedzieć podczas debaty oraz przemyśleć i uzupełnić po niej.

Bardzo podstawowe dane GUSu to przede wszystkim informacje o liczebności doktorantów i liczbie obronionych doktoratów zawarte w rocznych sprawozdaniach „Szkoły wyższe i ich finanse” (http://www.stat.gov.pl/gus/5840_1177_PLK_HTML.htm)        i „Nauka i technika w [tym a tym] roku” (http://www.stat.gov.pl/gus/5840_2243_PLK_HTML.htm).

Z osobna dane te prezentują się tak:

Tabela1

Tabela2

W zestawieniu zaś wyglądają tak:

Rysunek1

W ciągu ostatniej dekady liczba doktorantów rosła przeciętnie szybciej od liczby nadanych stopni doktora (dane z pierwszej dekady trudno porównywać, ale o tym – później). Oznacza to, że doktoranci pisali rozprawy wolniej lub częściej odpadali ze studiów. Upraszczając, można powiedzieć, że system kształcenia doktorów okazywał się coraz mniej wydolny.

Jak powinien działać system efektywny? Przyjmijmy, że studia powinny trwać średnio 5 lat i kończyć się doktoratem. Załóżmy też, optymistycznie, że nikt z doktorantów nie odpada. W takim wypadku liczba przyjętych na studia w okresie P1 powinna odpowiadać liczbie doktoratów w okresie P2 o tej samej długości, ale zaczynającym się pięć lat później. Trudno ocenić efektywność systemu, w którym wiele się zmienia. Poniżej przedstawiam dwie przybliżone miary efektywności. (NOU z wdzięcznością przyjmie inne propozycje jej oceny).

Załóżmy, że od roku 2000 system działał według zaproponowanego wzoru. Na podstawie danych o liczbie doktorantów w roku 2000 i liczbie obronionych prac rok później obliczamy, ilu według modelu w 2000 było doktorantów lat I-IV. Jeśli tę liczbę odejmiemy od liczby doktorantów w roku następnym, otrzymamy modelową liczbę studentów pierwszego roku w 2001. Wykonujemy analogiczne obliczenia dla kolejnych lat. By wszystko było jak w zaproponowanym modelu efektywnego systemu, każdy doktorant pierwszego roku w roku X powinien zdobyć stopień doktora w roku X+5. Zgodnie z tą regułą łączna liczba doktorantów pierwszorocznych w latach 2001-2006, powinna odpowiadać łącznej liczbie doktoratów od roku 2006 do roku 2011. Powinniśmy się więc spodziewać, że w drugim okresie obronionych zostanie łącznie ponad 39 tys. prac doktorskich, czyli o ponad 6700 więcej niż w rzeczywistości.

Tabela3

Inną, lepiej obrazującą trend, miarą „wydajności” studiów doktoranckich może być średnie roczne tempo wzrostu liczby doktorantów i liczby doktoratów w analogicznych okresach (czyli dla nas odpowiednio 2001-2006 i 2006-2011). W przypadku doktorantów (w latach 2001-2006) wyniosło ono +4%, w przypadku doktorów (w latach 2006-2011) ok. –2,5%.

*

Ten uproszczony rachunek efektywności „systemu produkcji doktorów” nie bierze pod uwagę doktoratów bronionych eksternistycznie (gdyby wziąć je pod uwagę wyniki byłyby gorsze). Ponadto takie mechaniczne ujęcie problemu zaciera nieco wagę zmian instytucjonalnych, które nastąpiły w ciągu dwóch dekad po transformacji: wypierania asystentury przez studia doktoranckie (i za tę uwagę dziękuję Katarzynie Suwadzie) oraz wprowadzenia systemu bolońskiego (co jest tematem na osobny artykuł, jeśli nie całą książkę).

Na początku lat dziewięćdziesiątych doktoraty robili często naukowcy zatrudnieni w charakterze asystentów, związani z uczelnią umową o pracę, będący dla niej pewnym kosztem, ale i – inwestycją. Dekadę później asystentura zaczęła znikać z większości uczelni (Tabela 4) – zaczęło więc ubywać i doktorantów-asystentów. Dziś doktorant to „uczestnik studiów trzeciego stopnia” – poniekąd student, poniekąd młody naukowiec, w każdym razie – źródło dochodu (z dotacji stacjonarnej) dla wydziału. Na czym polega różnica pomiędzy tymi dwoma statusami doktoranta: asystenckim i obecnym?

Teoretycznie tkwi ona w sile więzi, wzajemnych lojalności. Instytucja asystentury zakładała, że asystenta z jego macierzystą jednostką wiąże nie tylko umowa z pracodawcą, ale i dłuższy czasowy horyzont współpracy – asystent to przyszły adiunkt, który może się spodziewać, że jego dalsza kariera będzie przebiegać wśród tych samych ludzi. Wszystkim w takim układzie powinno bardziej zależeć na jakości jego pracy naukowej i na tym, by ów asystent kiedyś doktorat napisał. Dzisiejszy system jest zupełnie inny – większość doktorantów nie ma stypendium (Tabela 5), nie jest pracownikami swoich jednostek, a szanse na to, że kiedyś znajdą tam zatrudnienie, są mizerne. Piszą rozprawy doktorskie dla siebie – i jeśli wypali się zapał lub wyschną źródła utrzymania, pracę tę porzucają. Uczelnia daje im niewiele, zwykle niczego nie obiecuje, a co nieco pobiera z państwowego budżetu na ich kształcenie. Nie za bardzo wiadomo, co jedna strona jest w tym układzie winna drugiej (i odwrotnie). Obie są dla siebie dość nieprzewidywalne. W tym luźnym układzie mandat do oczekiwania, że studia doktoranckie zakończą się dobrym doktoratem, ma chyba tylko podatnik. Oczekiwania podatnika – zwłaszcza niewyartykułowane, a tylko domyślne – nie rodzą jednak szczególnie silnych zobowiązań ani wśród zarządzających studiami doktoranckimi, ani wśród doktorantów.

Tabela4

W teorii przewaga asystentury doktorantów nad „studiami trzeciego stopnia” jako metody „produkcji” doktorów wydaje się niewątpliwa. Z jakichś powodów jednak ta pierwsza zaczęła z polskich szkół wyższych znikać. Czy to dlatego, że asystentury nie chcą lub nie są w stanie sfinansować wydziały? Czy raczej dlatego, że młodym doktorom lub doktorantom nie wydaje się szczególnie atrakcyjna w porównaniu z ofertą rynku pracy? Pewnie raz tak, raz – inaczej. Twardych danych w tej sprawie brak.

*

Dalsze rozważania dotyczą sytuacji doktorantów w ciągu ostatniej dekady, a więc w przeważającej mierze doktorantów nie-asystentów. Wielu z nich najwyraźniej nie pisze doktoratów. Czy dlatego, że na coraz bardziej zatłoczone studia doktoranckiej trafiają coraz częściej ludzie do tego niezdolni? Czy może dlatego, że doktoranci wcale nie zamierzają czegokolwiek pisać? A może po prostu zbyt trudno jest wyżyć z pracy naukowej, by doktorat dało się traktować serio?

Pierwsze wyjaśnienie trudno sprawdzić – bo czym właściwie miałaby być „niezdolność do napisania doktoratu”? Niektórzy twierdzą, że im większa liczba doktorantów, tym gorsza musi być ich jakość i z upodobaniem opowiadają o „ludziach po prostu głupich”, którzy doktorantami być nie powinni. Inni mówią, że „jakość doktorantów” obniża się, kiedy wydziały przyjmują ich więcej niż są w stanie w przygotowywaniu rozprawy merytorycznie wesprzeć. Pierwszych chciałoby się poprosić o jakąś operacyjną definicję „głupoty po prostu”, definicję, która nie będzie ani wyrazem uprzedzeń ani przechwałką. Drudzy chyba mają sporo racji, choć ich tezę nieco podkopuje fakt, że w latach 2000-2011 profesorów, docentów i adiunktów będących nauczycielami akademickimi – a więc potencjalnych promotorów (choć wśród adiunktów są i doktorzy, którzy dopiero od niedawna mogą sprawować funkcję promotorów pomocniczych) – przyrastało w tempie tylko nieco wolniejszym niż doktorantów. W porównaniu z rokiem 2000, w 2011 przybyło nauczycieli akademickich: profesorów o 50%, docentów o 165%, adiunktów o 50%, doktorantów o 57% (źródło: GUS,).

Można się czasem spotkać z opinią, jakoby doktoranci „masowo” zadowalali się dyplomem ukończenia studiów i nie zamierzali już pisać doktoratów. Doniesienia te zdają się jednak przesadzone. Liczba dyplomów ukończenia studiów doktoranckich wydanych w 2011 wyniosła, według GUS, 4379 – gdyby nawet założyć, że studia doktoranckie (do momentu uzyskania dyplomu) trwają 5 lat (a w normalnej sytuacji powinny trwać 4), to spodziewalibyśmy się ok. 1300 absolwentów więcej (obliczone – jak w przypadku Tab. 3). Wielu doktorantów starszych lat na dyplom ukończenia studiów po prostu gwiżdże, ale to nie znaczy, że nie zaczynali studiów z zamiarem dobrnięcia do planowego finału.

Może więc niewydolności systemu winien jest sposób finansowania studiów?

GUS podaje, że nakłady z budżetu państwa na stypendia dla studentów i doktorantów od 2009 wzrosły o 105 mln PLN – do 1 664 mln PLN. Oprócz stypendiów z dotacji ministerialnej (rejestrowanych przez GUS – Tabela 5) doktoranci mogą się ubiegać jeszcze o stypendia FNP, stypendia fundowane przez samorządy regionalne, granty badawcze itp. Wiemy też, że od paru lat rosną nakłady na naukę jako odsetek PKB. Możliwości zdaje się przybywać, ale wydolność doktoranckiej części systemu się nie poprawia.

Dostępne formy wsparcia materialnego nie wystarczają do sfinansowania badań wszystkich osób przyjętych na studia doktoranckie (inna sprawa, że nie wszyscy sądzą, że tak być powinno). Według GUS stypendiów nie mają cztery piąte doktorantów (Tabela 5, GUS wprawdzie nie bierze pod uwagę wszystkich typów stypendiów, ale należy się spodziewać, że w przypadku stypendiów o charakterze naukowym działa prawo kumulacji – kto ma jedno, temu łatwiej zdobyć kolejne, bowiem kryteria konkursowe są podobne). Budżet grantów NCN Preludium wystarcza na finansowanie badań niewielkiego odsetka młodych badaczy, a poza tym – ostatnio nieco się skurczył (Tabela 6). Ale to chyba nadal nie jest wystarczające wyjaśnienie szybko rosnącej rozbieżności pomiędzy liczbą doktorantów a liczbą nadawanych stopni doktora – bo z pieniędzmi na pierwszym etapie studiów nigdy nie było dobrze.

Tabela5

Tabela6

Historii odpadania ze studiów doktoranckich jest pewnie tak wiele jak doktorantów. Sprawa wymagałaby przebadania. Gdyby tylko MNiSW zainteresowało się tą sprawą i zleciło ogólnopolskie badanie na ten temat! Badanie tych, którym się nie powiodło, i tych, którzy mieli serdecznie dosyć, stanowiłoby chyba niezłą podstawę do namysłu nad tzw. „czynnikami sukcesu” – być może lepszą niż badania „ludzi sukcesu”.

Rozsądek podpowiadałby, że w generalnie marnych warunkach ekonomicznych, z jakimi mamy do czynienia w przypadku studiów doktoranckich, podstawowym „czynnikiem sukcesu” powinny być prywatne zasoby (bogaci rodzice, mąż lub żona, świetnie płatna i mało angażująca praca, niedawna wielka wygrana na wyścigach konnych). Zwolennicy tej tezy mówią, że studia doktoranckie to studia dla najbogatszych. Nie wyjaśniają jednak, dlaczego ci najbogatsi mieliby jeszcze pocić się nad doktoratami. I dlaczego w Polsce? Czy doprawdy nie ma większych atrakcji? Przyjemniejszego klimatu? Może studia doktoranckie dzisiaj to raczej studia dla „średniaków” – osób, które w razie życiowej awarii mają się na kim mocniej oprzeć, więc mają też względny luksus dążenia do tego, by robić to, co dosyć lubią.

Jeśli większość doktorantów to „średniacy” (reprezentatywnych danych brak),  to co jeszcze może ich powstrzymać przed napisaniem pracy?

Poniżej przedstawiam kilka hipotez na temat przyczyn porzucania studiów. Uwaga, to tylko spekulacje sformułowane (żartobliwie) na podstawie tysiąca pełnych gorzkiej ironii, przyjacielskich rozmów na temat doktoranckiej doli, w których autorka (ostatecznie, doktorantka) brała udział.

  1. Hipoteza obrzydliwego rynku pracy – doktorant bez stypendium, a czasem i z czesnym do opłacenia, idzie do pracy. A tam jest, jak jest – zatrudniony na pół etatu, pracuje de facto na cały, samozatrudniony – pracuje na dwa. Po pracy zmęczony wraca do domu. Wreszcie mówi sobie „po co mi to?” i rzuca studia. Praca nadal jest okropna, ale przynajmniej niepisanie doktoratu przestaje dręczyć.
  2. Hipoteza atrakcyjnego rynku pracy – pewnego dnia doktorant odkrywa, że poza uczelnią cenią jego zdolności i płacą za ich wykorzystywanie, znajduje pracę niemniej twórczą od pisania doktoratu, które – w związku z tym – porzuca.
  3. Hipoteza przebudzenia – młody człowiek otrzymuje zaproszenie na studia doktoranckie, np. takie: „Pana/i praca jest naprawdę wybitna. Byłaby to niepomierna strata dla Wydziału, gdyby nie zamierzał/a Pan/i jej kontynuować na studiach doktoranckich”. Po roku lub dwóch odkrywa, że dał się zahipnotyzować pochwałą, że jest przeciętny, a ewentualna strata dla Wydziału z tytułu jego odejścia odpowiada dokładnie wysokości państwowej dotacji na doktoranta przeliczeniowego. Boli go, że nie pomyślał wcześniej i nie zdążył zapytać, czy uroczyste zaproszenie na studia doktoranckie oznaczało, że ktoś go chce zatrudnić, sfinansować jego badania itp. Teraz widzi, że nie. Budzi się, wstaje lewą nogą i opuszcza akademickie mury.
  4. Hipoteza obrzydliwego uniwersytetu – młodzi zdolni, ale wciąż niedoświadczeni, po paru latach na uniwersytecie czują, że są starzy, słyszą, że są głupi, zdają sobie sprawę, że dali się wplątać w rozmaite personalne rozgrywki i że nawet promotorowi nie zależy na tym, żeby napisali doktorat. Jak w dowcipie o niesmacznym jedzeniu w małych porcjach, zdają sobie również sprawę, że nie mają cienia szansy na choćby częściowe zatrudnienie na tym obrzydliwym uniwersytecie. Chcą pojechać nad morze. Pożyczają samochód i jadą. I tyle ich widzieli.
  5. Hipoteza fajnego uniwersytetu, ale obrzydliwego doktoratuna uniwersytecie jest fajnie, ale ten doktorat naprawdę trzeba napisać. Samotna nuda. Nie ma mowy!
  6. Hipoteza sumy frustracji cząstkowychziarnko do ziarnka… Doktorant ma niejasne poczucie, że już nie może, że to wszystko jest nie do zniesienia. Mówi „dość!” i zaczyna szybko pisać albo natychmiast przestaje.

Jest w Polsce kilka wydziałów, które nie przeliczają doktorantów jedynie na dotację stacjonarną, otaczają ich dostateczną opieką merytoryczną i organizacyjną. Pewnie na przynajmniej kilku innych sytuacja się poprawia. Nie brakuje też młodych uczonych, którzy wiążą doktorancki koniec z końcem dzięki państwowym grantom i stypendiom. Zapewne są i pasjonaci, którym powodzi się wprost świetnie i którzy dzięki prywatnym zasobom spokojnie sobie żyją, badają i piszą, a wsparcie instytucjonalne w ogóle ich nie interesuje. Ale jest też i całkiem zwykła reszta, która ze studiów odpada. Wygląda w dodatku na to, że liczebność tej grupy rośnie.

Feminizacja polskich uczelni?

Podczas debaty Marcin Zaród z KP mówił o feminizacji studiów doktoranckich jako feminizacji biedy. To w gruncie rzeczy trzy tezy w jednej. Pierwsza mówi o feminizacji studiów doktoranckich i znajduje pewne poparcie w danych. W latach 1999-2011 udział kobiet w populacji doktorantów wzrastał równomiernie od poziomu 44% do 53%. Czy jednak 53% to już feminizacja? I jaki jest odsetek kobiet na innych szczeblach akademickiej hierarchii?

            Udział kobiet wśród doktorantów wzrastał w ostatnich latach we wszystkich typach szkół (Tabela 7), w 2011 w porównaniu z 2004 wzrósł też w prawie wszystkich dziedzinach (Tabela 8).

Tabela7

Tabela8 

Wśród doktorów, którym nadano ten stopień w 2011, kobiet było więcej o 1,5% – co z grubsza odpowiada proporcji pomiędzy płciami na studiach doktoranckich w poprzednich latach (a zatem kobiety nie odpadały ze studiów doktoranckich ani częściej, ani rzadziej niż mężczyźni). Wzrost udziału kobiet wśród doktorantów to wyraźny trend. Jeśli się utrzyma, bez wątpienia będziemy mieli do czynienia z feminizacją.

Kobiet przybywa również na wyższych szczeblach akademickiej hierarchii. Zjawisko to zachodzi jednak wolniej, poza tym – nadal – im wyżej, tym kobiet mniej. Jeśli udział kobiet wśród profesorów będzie się zwiększał w takim tempie jak dotychczas (średnio o pół punktu procentowego rocznie), to wyrównanie się proporcji będziemy świętować za pięć dekad.

 Tabela9

Druga teza z zestawu Marcina Zaroda, mówi o biedzie wśród doktorantów. Na ten temat nie mamy danych, co każe czujnie podchodzić i do trzeciej – że mianowicie akademicka bieda dotyka kobiet częściej niż mężczyzn. Tym tezom brak oparcia w liczbach, nie ma reprezentatywnych badań. Ale to jeszcze nie znaczy, że nie powinniśmy potraktować poważnie poszlak w sprawie.

Doktorantek i kobiet naukowców przybywa akurat w czasach kryzysu uczelni: gdy praca akademicka się biurokratyzuje, kiedy wzrasta nad nią nadzór, kiedy dewaluują się dyplomy, a warunki zatrudnienia stają się coraz bardziej „śmieciowe”. W dodatku, najszybciej przybywa kobiet na najniższych szczeblach akademickiej hierarchii. Jeśli dobrze rozumiem, to przede wszystkim na tę prawidłowość chciał zwrócić uwagę Marcin Zaród. I dobrze. Może jednak lepszą od „feminizacji biedy” etykietą dla tej zależności byłyby „wygrane wśród przegranych”, „winners among losers”, o których pisze Renata Siemieńska-Żochowska (http://www.tandfonline.com/doi/abs/10.1080/713669262)? Ta ostatnia koncepcja mówi nie o biedzie, lecz o awansie drugiej jakości – o awansie kobiet na miejsca, które mężczyźni zajmują coraz mniej chętnie.

Bez względu na etykietę, zjawisko niezbyt cieszy. Byłoby jednak marnie, gdybyśmy zaczęli się martwić zwiększającym się odsetkiem kobiet wśród doktorantów. Jeśli już się nad czymś zastanawiać, to raczej nad tym, dlaczego kobiet przybywa szybciej na dole drabiny niż u jej szczytu.

Przygotowując ten tekst, prosiłam parę osób o radę lub krytyczne spojrzenie. Wojciechu Fenrichu, Anno Klimczak, Magdaleno Małecka, Katarzyno Suwado, Piotrze Szenajchu, dziękuję!

Tutaj tekst raportu do pobrania w pliku PDF.

Advertisements

19 comments

  1. Marcin Zaród

    Świetne zestawienie.

    To określenie „Winners among losers” mi odpowiada dużo bardziej. Jak zwykle bez badań ciężko o jakieś dalsze wnioski. Ja bym tylko dodał, że sytuacja rodzinna kobiet pod koniec doktoratu może wzmacniać mechanizmy postulowane w Twoich hipotezach.

    • Dominika Michalak

      Można to sprawdzić. W tabelce 8 są dane na ten temat z 2004 i 2011. GUS ma tych danych więcej (ze strony Urzędu można ściągnąć raporty „Szkoły wyższe i ich finanse” od 2004 wzwyż). Trzeba tylko sprawdzić, czy klasyfikacje dziedzinowe były takie same (tj. czy np. psychologia była klasyfikowana jako społeczna czy humanistyczna) – sporo pracy

  2. sabriel

    Ja mam troszke inne odczucia. 1. Brak odpowiedniego szkolenia metodologicznego do prowadzenia odpowiednich badan skutkuje tym ze prace sa dyskryptywne a nie analityczne. Skutkuje to tym ze doktorant w sumie nine wie co ma zrobic by prace napisac. Cytuje sie jakies dane, czyjes wypowiedzi i ma cos tego na koncu wyjsc..jakos… 2. jestem za asystentura, ale tu byl problem. Kto zostawal na asystenta? Mierny, bierny ale wierny! Asystentem byl zazwyczaj ktos z rodziny jakiegos zatrudnionego wykladowcy, a nie osoba najlepsza na roku. Wiec jej likwidacja w sumie przyczynila sie do zlikwidowania tego precederu. 3. Zatrudnienie po dr – czy po dr pozostaje tylko praca na uczelni? Nie. Na normalnym rynku pracy, ktory sie rozwija i gdzie nowe technologie sa potrzebne, przyjmuja dr z kierunkow technicznych z otwartymi rekami . 4. Problem z mobilnoscia naukowcow – to przyczyna niskiego poziomu nauki w Polsce. Dlaczego nukowcy nie sa mobilni? Licencjat na jednej uczelni. Bardzo czesto magistra tez na tej samej i to u tego samego profesora. Potem dr, tez u niego, i po 4-5 latach zostaja u niego na wydziale klepiac te same bzdury co on. Publikuja to co on chce by opublikowali, o innym toku myslenia nie ma mowy. Czy to jest nauka – nie. A gdyby tak wprowadzic zasada ze osoba po dr nie moze byc zatrudniona na tej samej uczelni to bylby placz i zgrzytanie zebow bo pojawilaby sie konkurencyjnosc, ktora bardzo szybko zwertfikowalaby kto zasluguje na miano naukowca i na zatrudnienie akademickie po dr.

    • Dominika Michalak

      Uwagi w punkt. Chociaż jeśli chodzi o pierwszą, to nie wiem. Ale, jeśli chodzi o drugą – jasne, konkursy powinny być transparentne – tj. dla wszystkich powinno być w miarę jasne, dlaczego osoby A, B i C zostały przyjęte, a osoby od D do Z nie. Punkt trzeci – też zgoda. Dlaczego jednak stypendiów przynajmniej w jakiejś mierze nie miałyby fundować firmy? Skoro tak bardzo potrzebują doktorów, to niech się dorzucą do ich kształcenia. Jeśli zaś chodzi o mobilność – pomysł z przymusową zmianą uczelni jest niepokojący. W niektórych przypadkach oznacza, że za niezbyt dobrą pensję młody doktor będzie się musiał wraz z rodziną przeprowadzić z miasta X do miasta Y. Koszty tej operacji i związane z nią ryzyko (np. że życiowy partner przez kolejne pół roku nie będzie mógł w nowym mieście znaleźć roboty) wydają się spore. Gwoli wyjaśnienia, nie jestem doktrynalną zwolenniczką asystentury. Pewnie są lepsze rozwiązania – i mądre głowy, którym chciałoby się wyłożyć je na jakimś blogu lub podczas debaty i poddać pod dyskusję 😉

      • sabriel

        Pomysl fundowania dr przez firmy jest bdb. Funkcjonuje za zachodzie Europy, w USA i ma sie dobrze.Sa granty firmowe na nowe rozwiazania technologiczne, nowe projekty, lacznie z grantami z Unii Europejiskiej. Dlaczego wiec nie w Polsce? Mysle ze to po czesci rezulat 1) kultury rynku pracy – po co mamy inwestowac i ksztalcic, skoro mozemy skorzystac juz z gotowego ‚produktu’ po dr jakiejs osoby, zaoszczedzimy kase. Mamy tyle chetnych do pracy nawet po naukach scislych ze nie musimy ‚slepo’ inwestowac w wybrane jednostki, krotych badania sa kosztowne i czasochlonne. Lepiej skorzystac juz z gotowych pomyslow na rynku. 2) O grantach europejksich i to jeszcze na duze sumy przyznane komus z Polski, na ciekawy projekt, dzieki ktoremu mozna by oplacic doktorantow, to nieczesto sie slyszy. Powod: kiepscy naukowcy, cienkie pomysly, nic nie wnoszace. Brak miedzynarodowych partnerow do wspolpracy z ktorymi moznaby prowadzic owe projekty. Nie wspomne tu juz o znajomosci angielskiego co niektorych profesorow starsze daty, co maja wiedze i nawet mogliby konkurowac o te granty, ale nie znaja jezyka.

        Co do asystentury i mobilnosci po dr. W Europie nie istnieje asystentura na dzies dzisiejszy. Wszyscy- jesli sa zatrudnieni – to przy projektach. Ukonczenie dr nie jest gwarancja zatrudnienia na danej uczelni. Wogole niemile jest to widziane, bo to ogranicza rozwoj, uniemozliwia rozszerzenie ‚sieci naukowej’ poprzez ktora realizuje sie projekty. Tak wiec asystentura jest archaizmem. Co z partnerstwem i malzenstwem? W dzisiejszych czasach pracownik musi byc moblilny. Musi isc za praca w swoim zawodzie. Skoro nie ma etatow na tej uczelni, to szukam gdzie indziej i jak mi sie poszczesci to sie przeprowadzam. A partner? Albo jedzie razem ze mna, albo ja zostaje z nim, rezygnujac z oferty, ale nie narzekam ze nie mam etatu na uczelni. Zycie na odleglosc, lub dojazd 2h do innego miast na uczelnie to tez norma w dzisiejszym swiecie.
        Brak mobilnosci naukowcow – wg mnie – brak konkurencyjnosci, czego rezultatem jest niski poziom badan naukowych, niski poziom ksztalcenia itp. Klepanie przez lata tego samego, pozolkle notatki, brak inicjatywy i checi postepu, bo przeciez mam etat i kotrakt za czas nieograniczony. Nieprawdaz? 😉

      • pan kracy

        niestety realia są takie, że firmy w Polsce (polskie i zagraniczne) unikają zatrudniania doktorów. Pamiętam, jak pewien specjalista z dużym doświadczeniem rozesłał kilkadziesiąt CVek – połowa z informacją o doktoracie, połowa bez. Aplikował na stanowiska odpowiadające posiadanym kwalifikacjom i doktorat mógłby potwierdzać wybitne kompetencje w temacie. Ku jego przerażeniu, o ile CVki „bez doktoratu” skutkowały zaproszeniem na rozmowę w prawie wszystkich przypadkach, te „z doktoratem” – w mniej niż 20%. Szok.
        Niestety nadal w PL obowiązuje model szefa „zatrudniającego zespół mierniejszych od siebie”

      • ProTerran

        @pan kracy
        Nie ma to jak wyciągać wnioski na podstawie wątpliwego jednostkowego przypadku. Gratuluję.

        Wracając do tematu:
        Wg Mnie za wszystkim stoi po prostu mizeria całego sytemu szkolnictwa wyższego w Polsce. To co się robi na uczelniach wyższych tak diametralnie odbiega od tego co potrzebuje nasza gospodarka, że to bania mała. Mając pewne doświadczenie we współpracy z uczelniami technicznymi uważam, że po prostu naukowcy próbują za wszelką cenę robić coś na podobnym poziomie co ich koledzy z zachodu, ale nie mają do tego kasy. Efekt jest taki, że z reguły to czym się stworzą jest mizerne (z reguły wygląda fajnie na papierze, ale nic ponad to) i w ogóle nie przystaje do realiów/wdrożenia w przemyśle. Oczywiście ci sami ludzie gdyby mieli takie same możliwości jak koledzy w USA czy zachodniej europie, to z pewnością w niczym by nie odstępowali – nie mniej, kasa jest tu kluczowym czynnikiem. Generalnie przed zabraniem się za doktorat (szczególnie z dyscyplin technicznych), warto sobie zadać trud i sprawdzić czy Polski przemysł/gospodarka to w ogóle potrzebuje i jest wstanie wdrożyć.

        Inna rzecz, że elaboracje na temat nieprzystającej liczby doktorów do doktorantów są śmieszne, choćby z tego względu, że aktualnie panuje po prostu kretyńska moda na studiowanie. Studia podlegają takim samym mechanizmom rynkowym jak choćby rynek nieruchomości. Zatem, normalnym jest, że z takiej masy studencików studiujących to i owo większa ich liczba zdecyduje się na zostanie na doktoracie, z którego uczelnie w obecnym systemie mają taki sam pożytek jak ze zwykłych studentów – im więcej, tym lepiej – byle było ich gdzie upchać.

        Reasumując:
        Jedyne remedium jakie widzę w tej sytuacji to zaorać i zapomnieć (czyt. skończyć z finansowaniem z publicznych pieniędzy wszystkich uczelni wyższych w Polsce). Im szybciej to się dokona, tym lepiej lepiej dla wszystkich zainteresowanych.

        Pozdrawiam,
        ProTerran

      • Dominika Michalak

        „kasa jest tu kluczowym czynnikiem” – tak jest 😉
        Nieprzystająca liczba doktorów do doktorantów nie jest jednak taką znowu błahostką. na każdego doktoranta idzie z budżetu parę groszy. Jeśli do mety ma (zwykle pewnie z powodu braku kasy) dobrnąć niewielu, to mamy problem z alokacją środków. Nie są to srodki, które by powaliły wieli biznes, ale parę skromnych projektów badawczych już by się z nich udało sfinansować.

      • Marcin Kotowski

        >> Jeśli zaś chodzi o mobilność – pomysł z przymusową zmianą uczelni jest niepokojący. W niektórych przypadkach oznacza, że za niezbyt dobrą pensję młody doktor będzie się musiał wraz z rodziną przeprowadzić z miasta X do miasta Y.

        W USA model „studia w miejscu A, doktorat w B, następna praca w C” (gdzie A, B, C – parami różne) jest standardem. Co nIe znaczy to, że ma on bezwarunkowo same pozytywy (chociażby wspomniane przeprowadzki i tzw. „two body problem” z partnerem, rodziną), są też różnice kulturowe. Chociaż i w Polsce co nieco się w tej sprawie zmienia, np. z mojego rocznika z matematyki z najlepszych osób na roku chyba nikt nie został w Polsce na doktorat – oczywiście dla uczelni to strata, ale to oddzielny temat.

  3. Marcin Kotowski

    Niestety, cytowana dyskusja popełnia ten sam grzech, co bardzo wiele dyskusji na temat polskiego szkolnictwa wyższego – wrzuca masę zjawisk do jednego worka. Mówi się o „doktorantach w ogóle”, nie różnicując ani ze względu na uczelnię, ani – dyscyplinę. Doktorat z matematyki na UW jest czymś zupełnie innym, niż doktorat z tetrapiloktomii [1] na uczelni w Pcimiu. Wrzucając wszystkich doktorantów do jednego worka nie sposób wypowiedzieć się sensownie o jakości i celu doktoratów etc. – tym samym uniemożliwia się analizę „co zrobić, żeby było lepiej”.

    [1] Dzielenie włosa na czworo.

    • Dominika Michalak

      Zgoda, doktoraty, o których Pan pisze, to zupełnie co innego – byłoby bardzo niedobrze, gdyby matematycy zaczęli wkraczać w kompetencje tetrapiloktomów. Na ile by wtedy dzielono włosy?

      A serio: zróżnicowanie dziedzinowe jest ważne (również ze względu na dość zróżnicowany poziom finansowania dziedzin, na co zwróciło mi uwagę parę osób – pozostaje poszukać danych na ten temat i coś o tym napisać). Celem artykułu nie było jednak powiedzenie, że tak nie jest. Nie było nim również powiedzenie czegoś o, jak Pan pisze, „jakości i celu doktoratów” (nie śmiem naprawdę jej osądzać). Jeśli ma Pan w tej sprawie jakieś rozwiązanie, proszę się czuć na stronie NOU jak w domu!

  4. sylwia

    Zgadzam się, że zestawienie daje do myślenia. Dodałabym jeszcze beznadzieją sytuację potencjalnych matek na studiach doktoranckich. Bez żadnego większego wsparcia, zostaje ewentualnie dziekanka, która nic nie daje, poza tym, ze tylko wydłuża czas studiów. Nie ma żadnych programów wspierających studiujące matki czy kobiety w ciąży (są owszem, ale dla matek ze stopniem doktora), wsparcia finansowego potrzebnego do wykonania badań, kiedy np. kobieta lezy w szpitalu i nie jest w stanie ich wykonać. Nie ma nawet szans na pomoc męża, ponieważ doktorantce nie przysługuje urlop macierzyński w takim rozumieniu, w jakim jest wymagany, aby np. jej mąż wziął płatny urlop tacierzyński. Sumując taki mąż sfrustrowany haruje w końcu za trójkę: siebie, żonę i dziecko i w duchu tylko odlicza czas, aż żona szybko skończy studia i pójdzie do normalnej pracy….Nawet najambitniejszej kobiecie w takiej sytuacji trudno jest skończyć studia, no chyba że ma rodzinę, babcie chętne do pomocy pod bokiem albo pieniądze na nianię, czy prywatne żłobki…

    • pokonana przez system

      Z wielkim żalem muszę się zgodzić z wieloma opiniami, a zwłaszcza wypowiedzią Sylwii. Proszę wybaczyć jeśli w tej opowieści znajdzie się zbyt wiele goryczy, ale sprawa jest świeża.

      Pretendentka do tytułu doktora zostaje przyjęta na polską uczelnie. Określa siebie mianem pasjonatki, dwie świetnie napisane prace dyplomowe, jedna z nich wyróżniona w konkursie ogólnopolskim, pękata teczka publikacji i referatów z konferencji krajowych i międzynarodowych, erasmus, inne europejskie stypendium wyjazdowe, głowa pełna pomysłów. Pierwsza myśl po informacji o przyjęciu: „złapałam Pana Boga za nogi”. Niestety, rosnące rozczarowanie, bo studia zmieniają się w wegetację. Z przyczyn już wielokrotnie tu opisanych, których nie ma sensu powtarzać. Pasjonata jednak trudno zniechęcić. Poza tym głodowe, ale jednak wynagrodzenie w połączeniu z ciężko zarobioną wypłatą męża wystarczają na związanie końca z końcem.

      Nie samą nauką jednak człowiek żyje, więc w rodzinie pojawia się dziecko, potem urlop bez wynagrodzenia. Pretendentka korzysta z drugiego fakultetu i dorabia na urlopie wieczorami, żeby podreperować budżet. Po pewnym czasie zakłada jednoosobową działalność, z nadzieją, że nie tylko podreperuje budżet, ale uda się opłacić opiekę dla dziecka (babci brak). Zwłaszcza, że po powrocie nie ma szans na stypendium doktoranckie. Działalność funkcjonuje na tyle na ile uda się pracować z dzieckiem na kolanach, czyli wystarczająco dobrze. W końcu zanika zainteresowanie tematyką doktoratu i siły, żeby ciągnąć rodzinę, pracę i jeszcze swoje marzenia, pasje. Pretendentka-pasjonatka zamyka rozdział z doktoratem na Polskiej uczelni. Decyduje się na kontynuowanie działanlności przez kolejny rok, a potem… się okaże… jest dużo możliwości poza Polską, bo po takim doświadczeniu czuje się pewną niechęć do systemu. Chociaż młode matki nie są mile widziane nie tylko na uczelniach, ale wszędzie w naszej gospodarce. Dziecko w Polsce to samobójstwo zawodowe….

      Nie zgodzę się, że studia powinny trwać 5 lat. Te zajęcia, w których uczestniczyłam/prowadziłam można zrobić w ciągu dwóch lat. Tyle czasu się marnuje w czasie 4-latki. Studia powinny trwać maksymalnie 3 lata, z ostatnim rokiem na pisanie rozprawy. Żeby się nie rozleźć jak rozgotowany makaron, żeby narzucić tempo i dyscyplinę. Osobiście uważam, że 4 lata to pop prostu dodatkowy rok dotacji na każdego doktoranta, pieniążki do budżetu uczelni. Dodatkowo rekrutacja …. nie brać każdego….

      Najlepszy wydaje się być model zachodni zatrudniania w projektach, z wynagrodzeniem odpowiednim do kwalifikacji, z ubezpieczeniem społecznym i zdrowotnym. Wyniki projektów nie będą mierne, tak jak niektóre prace doktorskie powstające za sprawą polskiego systemu, chorego systemu…

  5. sfrustrowany

    Sam jestem w grupie doktorantów, którzy 5 rok mają dawno za sobą, a pracy brak. Dlaczego? Trudno powiedzieć – powodów jest bardzo wiele, które składają się na taki efekt. Przede wszystkim pisanie rozprawy doktorskiej jest ostatnim zajęciem, jakie ma robić doktorant. Przede wszystkim ma studiować, a co to znaczy? Że ma uczęszczać na zajęcia, najczęściej porozrzucane po całym tygodniu. Zajęcia bardzo ciekawe, tylko że zupełnie nikomu nie potrzebne. Ot taki zapychacz czasu by profesorowie mieli kogo nauczać.
    Dalej doktorant musi pracować, inaczej się nie da. Pól etatu musi być. Ma to dobrą stronę w postaci zdobycia doświadczenia zawodowego. Musi z powodów finansowych, gdyż samo stypendium doktoranckie nie pozwala nawet na wynajęcie mieszkania, o zjedzeniu w nim czegoś nie wspominając.
    Jak już się napracuje i nastudiuje, to musi jeszcze popracować na rzecz uczelni, czyli prowadzić zajęcia ze studentami, pisać artykuły profesorom, przygotowywać im prezentacje, ponaprawiać sprzęt, brać udział w badaniach z grantów…..wszystko to może w okolicach dziedziny, która go interesuje,. Doktorant jest tanią siłą roboczą dla pozostałej kadry.
    Kolejną ulubioną czynnością doktorantów jest zdobywanie funduszy, czyli pisanie wniosków o granty, środki w konkursach, rozpisywanie przetargów, inaczej mówiąc biurokracja. Mimo, że powinna się tym zajmować wyspecjalizowana jednostka na uczelni, w praktyce robota spada na doktoranta. Zajmuje to bardzo dużo czasu, nie mającego nic wspólnego z badaniami.
    Jak już to wszystko uda się ogarnąć, pozostaje czas na badania własne – średnio 2 godziny w tygodniu. Dodajmy do tego promotora, który załatwia na uczelni prywatę i kombinuje jak tu wykorzystać wszystkich na około dla własnego zysku i mamy piękny obraz studiów doktoranckich na czołowej uczelni w Polsce.
    Pozostaje motywacja własna do pisania pracy mimo wszystko, a z tym różnie, bo właściwie po co? Doktorat wręcz utrudnia znalezienie pracy, chyba że chce się kontynuować karierę naukową. Ktoś może zapytać to po co było zaczynać? Dobre pytanie – w moim przypadku była to kontynuacja pewnej ścieżki naukowo-zawodowej, gdzie robienie doktoratu było ogólnie przyjętym zwyczajem, a wychodził on przy okazji pracy zawodowej. Jak widać nie każdemu.
    Oczywiście nie wyczerpuje problemów doktorantów, ale zaznaczam kilka z możliwych przyczyn nie napisania pracy.

  6. daniel

    Przysłuchując się dyskusji postanowiłem podzielić się z Wami swoim doświadczeniem. Skończyłem informatykę. Studia inżynierskie w mieście X, magisterskie na uczelni A w mieście Y. Rozpocząłem pracę na uczelni B także w mieście Y oczywiście w charakterze asystenta. Ze względu na względnie małe środowisko niech ten wpis pozostanie anonimowy.
    „Przechodzenie” pomiędzy miastami nawet będąc studentem i co za tym idzie zmiana uczelni nadal jest niestety rzadkością, a osoba dokonująca tego uważana jest za kosmitę przez uczelnianą administrację. Oczywiście mogłem do woli nasłuchać się o wyższości uczelni A nad wszystkimi innymi uczelniami Świata (a przynajmniej polskimi konkurentami), oraz najpopularniejsze specjalizacje były nijako zarezerwowane dla dodatkowo premiowanych studentów pierwszego stopnia uczelni A.
    Przejście z uczelni A na uczelnie B, wiązało się oczywiście z odrzuceniem propozycji studiów doktoranckich na uczelni A (tak na marginesie także z uczelni C w mieście Z). Pomimo prywatnej wielkiej sympatii z częścią kadry z uczelni A, stałem się banitą ze względu na samą przynależność do uczelni B.
    Uczelnia B niezwykła zatrudniać asystentów, wręcz to stanowisko stanowiło swoiste jednoroczne zimowisko dla świeżo upieczonych doktorów, którzy następnie byli zatrudniani jako adiunkci. Fakt otrzymania sporego jak na polskie warunku projektu z pieniędzy europejskich oraz konieczność posiadania „rąk do pracy” w/w projekcie, wymusiło zatrudnienie młodocianych asystentów. Stanowiska i wszystkie prace związane z projektem były opłacane z pieniędzy zewnętrznych (pośrednio z EU), ale nie zważając na to, środowisko uczelni B w dużej mierze odrzuciło nas, jako młodych asystentów. Dlaczego zostaliśmy zatrudnieni, skoro ONI pracowali pro public bono podczas bez-zarobkowych studiów doktoranckich? Nikt nie pochylił się nad moimi osiągnięciami jeszcze z okresu studenckiego, posiadane doświadczenie czy specyfikę projektu. Liczyło się jedno: Dlaczego stanowiska asystenckie dostała katedra (a), a nie ich (b)(c)(itd.)?
    Praca była ciężka, projekt wymagający. Obciążenia dydaktyczne praktycznie dla rozrywki. Z pracy niestety musiałem zrezygnować ze względów osobistych. Bardzo miło wspominam pracę na uczelni, choć nie wszystko było kolorowe. Do plusów tej pracy z pewnością można było zaliczyć to, że zarabialiśmy niemałe pieniądze (nawet w porównaniu do koleżeństwa samodzielnych adiunktów z jednostek nieuczestniczących w projektach). Jednak z drugiej strony, praca była ściśle podporządkowana projektowi. Z tego byliśmy opłacani, założenia musieliśmy wykonać. Własne zainteresowania naukowe czy też chęć poznawcza musiała być utemperowana przez złotą klatkę projektu. Drugi raz myśląc o pracy na uczelni poważnie przeanalizowałbym projekt, w którym później miałbym pracować. Z drugiej strony nasze uczelnie z projektów biorą to co jest, więc niekoniecznie jest w czym wybierać.

    Tak się składa, że mam to szczęście, że wielu z moich znajomych jest na studiach doktoranckich, doktoryzuje się lub jest świeżo po doktoratach na różnych kierunkach i uczelniach w kraju i zagranicą. Najlepiej naukowo rozwijają się ci, którzy wyjechali za granicę. Nawet „kilkuletnia wycieczka” do zachodnich sąsiadów na studia III stopnia, pozwala na kilka(naście czasem) publikacji w wysoko punktowanych czasopismach i wystąpień na znamienitych konferencjach. Coś, co w Polsce niestety jest odstępstwem od reguły, tam jest standardem. Opinie tych, co zostali w Polsce na studiach doktoranckich są przepełnione brakiem satysfakcji oraz marnotrawstwem czasu. Często można usłyszeć opinie o powtarzaniu materiału ze studiów II stopnia oraz uczeniu źle rozumianej pokory przez kadrę, a nie nauki samodzielnych badań.
    Wracając na moje podwórko. Pewnie to jest specyfika informatyki, ale młody człowiek stając przed wyborem dziennych studiów doktoranckich oraz dobrze płatną pracą w jednej z międzynarodowych korporacji, staje przed oczywistym wyborem. Osobiście 1 na 10 z moich znajomych, którzy zaczynali studia doktoranckie w Polsce w dziedzinie informatyki kontynuował je po pierwszym roku. Polskie uczelnie mają naprawdę niewiele do zaproponowania pod względem: Badawczym (kadra często sama nie publikuje w dobrych periodykach, rosnący dystans pomiędzy pracami u nas i tym co robią rówieśnicy-doktoranci na Świecie), Dydaktycznym (będąc studentem III stopnia: powtarzanie materiału, często brak chęci rozwoju przez kadrę, marnotrawstwo czasu; Będąc młodym dydaktykiem: brak dobrych wzorców, brak propagowania nowych i dobrych praktyk dydaktycznych, obowiązkowe traktowanie studentów jako zła koniecznego), Administracyjnym (uczelniana administracja nadal pozostawia wiele do życzenia, brak dookreślenia praw doktoranta), a o Finansowym nawet nie wspominając (przynajmniej kilkukrotna różnica pomiędzy stypendium doktoranckim, a zarobkami w przemyśle).

    Według mojej oceny na studiach doktoranckich w Polsce zostają najwięksi pasjonaci (ci dzienni najczęściej oderwani od rzeczywistości) oraz miernoty, które nie poradziłyby sobie na rynku pracy, więc zgadzają się na wszechpanujący feudalizm. Niestety moja ocena bardziej przypomina odwróconą krzywą Gaussa niż rozkład jednostajny dyskretny. Ocena zachowań części (podkreślam, że część niekoniecznie jest większością) środowiska naukowego, z jakim zetknąłem się pozwala mi twierdzić, że opisane zjawiska powyżej nie są odosobnione i nie zaczęły się teraz, ani z przyjściem wyżu demograficznego.
    Dopóki nie zaczniemy sami od siebie wymagać, nie zrzucimy kajdan wszechobecnej pogoni za pieniądzem i nie będziemy rzetelnie konfrontować swoich osiągnięć z rzeczywistością, dopóty nie będzie w Polsce nauki, którą będzie można napisać przez wielkie n.

  7. Pingback: Jaka humanistyka, jaki uniwersytet? (video) - Historia i Media
  8. Pingback: Strajk doktorantów

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s